DEVILISH IMPRESSIONS
"Diabolicanos: Act III Armageddon "

Wow, czas pomyka sobie naprawdę szybko. Zupełnie niedawno Devilish Impressions było zupełnie nową nazwą na scenie, a tu przychodzi mi recenzować drugi (oficjalny) krążek w ich błyskawicznie rozwijającej się karierze (kontrakt z Conquer, liczne koncerty - w tym support Marduk). Tym razem mamy do czynienia z naprawdę solidnym albumem. Nie chodzi o to, że "Plurima Mortis Imago" była kiepska, ale tym razem jest zdecydowanie bardziej konkretniej. Pod wieloma względami... Zespół nie idzie na kompromis, nic tu nie odbywa się kosztem słuchacza. Jest wręcz przeciwnie: "Diabolicanos: Act III: Armageddon" przypomina wielką promocję - w tej samej cenie dostajemy wszystkiego dwa razy więcej. Więcej brutalności, więcej nowych pomysłów, o wiele lepsze brzmienie a samo słuchanie tego krążka dostarcza nam podwójnej przyjemności... Oczywiście to cały czas ten sam Devilish Impressions, którego świat poznał dwa lata temu, z tym że model z 2008 roku jest zdecydowanie bardziej zaawansowany. Mam wrażenie, że tym krążkiem mozna się cieszyć naprawdę długo, bo jest cholernie urozmaicony i co chwila potrafi czymś zaskoczyć, choć najczęściej solidnie dokopać:) Ten rozdział w historii DI to chyba odpowiedni moment, by zaprzestać posługiwania się terminem 'awangardowy'. W tym stadium, muzyka tego zespołu nie potrzebuje już takich epitetów. Dla mnie liczy się fakt, że robota jaką tym razem odwalili ludzie odpowiedzialni za ten zespół należy do nie tylko zajebiście konkretnych, ale i konkurencyjnie zabójczych. Znajdźcie mi w tej chwili kapelę, która w podobny sposób przełamuje granice ekstremalnego grania, trzymając się jednocześnie jego korzeni - pierwotnej siły i dzikości - tak charakterystycznych dla black/death metalu... Jak to wygląda z bliska? Klawisze zostały sprytnie poukrywane, tym razem ukazują się słuchaczowi rzadziej, ale jakby z większym wyczuciem sytuacji. Wokale są totalnie zadziwiające, niby nic nowego od czasów "PMI" a jednak umiejętność ich wykonania i rozmieszczenia w czasie i przestrzeni wprawia w osłupienie. Takie sprzedajne drobiazgi jak mastering w wykonaniu Andy'ego Classen'a, czy udział gości pokroju Cezara (Christ Agony) czy Szymona (Nyia) naprawdę nie są istotne. Jako całość album zwyczajnie zabija swoją perfekcyjnością i przytłacza intensywnością pomysłów. Jakość wykonania stoi na najwyższym poziomie i tylko zacofany i zamknięty na nowe horyzonty buraczyna może tego nie docenić. Chylcie czoła przed Devilish Impressions, bowiem jeszcze długo nie usłyszycie czegoś podobnego!

9/10

kaRel

www.nbc.art.pl